100 LAT KRAKOWSKIEJ AGH


100 lat Akademii Górniczo-Hutniczej. Szukamy jej absolwentów – pracowników Huty Warszawa

 

Stowarzyszenie Przyjaciół Huty Warszawa – Warszawscy Hutnicy wspólnie z Władzami   Dzielnicy Bielany i Zarządem Huty ArcelorMittal organizuje w dniu 2 października 2019 roku uroczyste obchody 100-lecia istnienia Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie.

W Hucie Warszawa i dzisiejszej Hucie ArcelorMittal pracowali i pracują absolwenci tej szacownej uczelni – przez ponad 60 lat istnienia warszawskiej huty przez jej bramy przeszło ich około 300, pełniąc w niej newralgiczne funkcje.

Mamy świadomość, że z wieloma z nich nie spotkamy się już nigdy, ale też żywimy nadzieję, że pozostali wezmą udział w naszej akademii.

Nasze Stowarzyszenie zna absolwentów uczelni, którzy są członkami SPHW, niestety, o pozostałych wie niewiele.

Tu apel do kolegów: rozejrzyjcie się wokół siebie, czy wśród Waszych znajomych z Huty Warszawa są absolwenci AGH. Podzielcie się tą informacją z nami dzwoniąc w każdy wtorek w godzinach 14:00-16:00 na numer 22 - 835 85 01 lub odwiedzając w tym samym czasie pokój 121 w biurowcu Huty, albo wysyłając e-mail pod adres: sphw.amw@gmail.com.

To bardzo ważne, albowiem wszystkim absolwentom – uczestnikom spotkania chcemy wręczyć list okolicznościowy z podziękowaniem za ich wybór drogi życiowej i wkład w rozwój hutnictwa warszawskiego, a również w rozwój dzielnicy Bielany.

Drodzy absolwenci – chcemy Wam w tak uroczysty sposób przekazać szacunek i wdzięczność za wspólną pracę.

 

                                                                                                                Zarząd SPHW



Informacje o uczelni i o jubileuszu zebrał i opracował absolwent AGH (1954–1959) – mgr inż. Stanisław Koc

 


HISTORIA AKADEMII GÓRNICZO-HUTNICZEJ


Powołanie Akademii Górniczej

 

31 maja 1913 roku cesarz Franciszek Józef I zatwierdził utworzenie wyższej szkoły górniczej w Krakowie. Fakt ten poprzedził długi ciąg starań o powołanie akademii, która miałaby kształcić inżynierów górników i hutników.

W 1912 roku grupa wybitnych inżynierów i działaczy górniczych pod przewodnictwem Jana Zarańskiego wszczęła zabiegi o zgodę na powołanie w Krakowie wyższej uczelni kształcącej inżynierów górnictwa. Starania te zostały zwieńczone powodzeniem i w 1913 roku Ministerstwo Robót Publicznych w Wiedniu powołało Komitet Organizacyjny Akademii Górniczej, którego przewodniczącym został profesor Józef Morozewicz.

Wybuch I wojny światowej w 1914 roku uniemożliwił rozpoczęcie w październiku pierwszego roku akademickiego nowo otwartej uczelni. Urzędnik Magistratu, prawdopodobnie porządkując dokumenty, dopisał w rogu kartki na jednym z dokumentów: „Wskutek wybuchu wojny nie otwarto akademii górniczej, cała sprawa odroczona do spokojnych czasów, 21 marca 1915 roku”.


Okres międzywojenny

 

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku, Komitet Organizacyjny podjął ponownie pracę i 8 kwietnia 1919 roku Rada Ministrów podjęła uchwałę w sprawie założenia i uruchomienia Akademii Górniczej w Krakowie. 1 maja 1919 roku Naczelnik Państwa Józef Piłsudski mianował jej pierwszych profesorów, a 20 października 1919 roku dokonał uroczystego otwarcia Akademii Górniczej w auli Uniwersytetu Jagiellońskiego.

15 czerwca 1923 roku położono kamień węgielny pod budowę przyszłego gmachu Akademii Górniczej. Dwa lata później powstał projekt godła Akademii Górniczej (zachowany w Muzeum Historii AGH) sygnowany monogramem B.T. – Bogdan Treter.

W 1935 roku odsłonięte zostały przed wejściem do gmachu głównego Akademii pomniki górników i hutników, wykonane z tworzywa ceramicznego przez artystę rzeźbiarza Jana Raszkę.

Uczelnia szybko osiągnęła wysoki poziom kształcenia, wchodząc do grona najlepszych europejskich szkół górniczych, a jej pracownicy naukowi uzyskali w niektórych specjalnościach wyniki o doniosłym dla wiedzy i nauki znaczeniu. Ponadto od samego początku swego istnienia uczelnia – co było dla niej charakterystyczne – współpracowała ściśle, w miarę sił i środków, z przemysłem i zachowywała łączność z gospodarką kraju. Rozwój Akademii Górniczej przerwał jednak wybuch II wojny światowej.


II wojna światowa


Wśród 184 aresztowanych przez gestapo profesorów krakowskich uczelni, w ramach akcji „Sonderaktion Krakau” rozpoczętej 6 listopada 1939 roku, znalazło się 18 profesorów i 3 docentów AG, a więc prawie całe grono zatrudnionych w niej uczonych. Elitę naukową deportowano do niemieckich obozów koncentracyjnych w Sachsenhausen-Oranienburg i Dachau. W latach 1939-1945 gmach główny zajął okupacyjny rząd niemieckiej Generalnej Guberni. Mienie uczelni uległo wówczas kompletnej grabieży i dewastacji, a rzeźba św. Barbary, po zrzucenie jej z dachu budynku głównego, została rozbita. Dzięki ofiarności pracowników Akademii Górniczej udało się uratować jedynie część księgozbioru.
Działalność Akademii zeszła do konspiracyjnego podziemia.


Dzieje po 1945 roku


W pierwszych miesiącach 1945 roku krakowska Akademia Górnicza była jedyną w kraju zorganizowaną uczelnią techniczną. Stała się ośrodkiem pomocy dla innych wyższych szkół technicznych. W jej murach narodziła się Politechnika Krakowska działająca do 1954 roku pod nazwą Wydziały Politechniczne AG. Akademia Górnicza odegrała również decydującą rolę w tworzeniu Politechniki Śląskiej (23 absolwentów AG to profesorowie tej Uczelni) i Politechniki Częstochowskiej, a także przyczyniła się do odradzania się Politechniki Warszawskiej, organizowania Politechniki Wrocławskiej i Politechniki Gdańskiej.

W 1947 roku podjęto wewnętrzną uchwałę, by zmienić nazwę uczelni na „Akademia Górniczo-Hutnicza”. Formalne zatwierdzenie tej uchwały przez władze nadrzędne nastąpiło jednak dopiero w 1949 roku.
W 1969 roku, już jako uczelnia posiadająca 10 wydziałów, Akademia otrzymuje – obok imienia Stanisława Staszica i sztandaru – wprowadzoną centralnie strukturę instytutową.

W 1999 roku na gmachu budynku głównego A-0 stanęła przywrócona figura Świętej Barbary.

W ciągu stulecia swojej działalności Akademia wykształciła ponad 170.000 inżynierów i magistrów zapewniając kadrę dla polskiej gospodarki i przemysłu. Wykształcenie uzyskane w AGH było i jest bardzo cenione przez pracodawców zarówno w kraju, jak i za granicą. Wielu absolwentów dzięki jakości i użyteczności wiedzy zdobytej w murach AGH osiągnęło najwyższe stanowiska w górnictwie i hutnictwie Polski, ale też zrobili kariery na obczyźnie.

W Hucie Warszawa, a obecnej Hucie ArcelorMittal, w jej ponad 60-letniej historii, pracowało i pracuje ponad 300 absolwentów tej wielce zasłużonej uczelni, którzy obejmowali najważniejsze stanowiska w strukturze zakładu. Przykładem: dyrektor naczelny Huty Warszawa – mgr inż. Tadeusz Konrad, a w dzisiejszej Hucie ArcelorMittal – mgr inż. Rafał Skowronek – szef stalowni czy mgr inż. Janusz Grzybek – kierownik walcowni.


W krakowskiej uczelni powstał Komitet ds. Organizacji Jubileuszu 100-lecia Akademii Górniczo-Hutniczej z prof. dr. hab. inż. Wojciechem Łużnym – Prorektorem ds. Kształcenia jako Przewodniczącym Komitetu Jubileuszowego.

Główne Obchody Jubileuszu 100-lecia AGH oraz Światowy Zjazd Absolwentów AGH odbędą się w Krakowie w dniach 18-19 października 2019 roku.

Informacje dotycząca jubileuszu 100-lecia AGH uzyskać można u Barbary Jezierskiej – Koordynatora ds. Organizacji Jubileuszu 100-lecia AGH, tel. +48 12 617 31 91, e-mail: jezierska@agh.edu.pl.




Stanisław Koc tym tekstem rozpoczął wspomnienia o latach studiów na AGH.

Prosimy kolegów o wzięcie przykładu i podzielenie się z nami swoją drogą do Huty Warszawa i ArcelorMittal wytyczoną przez AGH

 

WIESŁAW BIAŁOWĄS

Jeden z moich przyjaciół poznanych w czasie  studiów na AGH (1954–1959)

 

Dr hab. inż., prof. AGH –  Wiesław Białowąs

 

Niewiele starszy ode mnie – ukończył studia, gdy ja je zaczynałem. W czasie moich studiów był asystentem w katedrze metalurgii stali. Ale najważniejszą pasją Wieśka był uczelniany Zespół Pieśni i Tańca KRAKUS, którego był zresztą, jeszcze jako student – założycielem. Wiesiek z wykształcenia inżynier- metalurg, był takim inżynierem, któremu w duszy ciągle grało. Dlatego nie tylko organizował pracę KRAKUSÓW i podczas występów tego zespołu był jego dyrygentem, ale jeszcze znajdował czas, aby być liderem i pianistą uczelnianej orkiestry tanecznej. Dziwiłem się przez cały czas studiów, jak on mógł pogodzić zawodowe zajęcia na uczelni z realizacją, jak by nie było, czasochłonnych wizji artystycznych. Były to wszak czasy dość trudne pod względem materialnym. Aby jego ukochane dziecko – zespół Pieśni i Tańca – mógł istnieć i działać, nie wystarczała tylko artystyczna wizja. Potrzebne były instrumenty muzyczne, stroje i jeszcze wiele, wiele innych niezbędnych rzeczy. A tego właśnie nigdy nie było tyle ile trzeba. W realizacji wizji artystycznej pomagał mu w zakresie choreografii znany w Krakowie prof. M. Wieczysty. Tak, to ten wybitny specjalista w dziedzinie tańca towarzyskiego o którym wspomina K.I. Gałczyński w Zaczarowanej Dorożce. Uczelniany Zespół Pieśni Tańca składał się z sekcji: tanecznej, wokalno-tanecznej i kapeli. Najbardziej widowiskowe były w wykonaniu tego Zespołu suity tańców ludowych z regionów południowej Polski. Przed kolejnymi obradami Senatu Uczelni (1957 r.), który miał decydować o podziale środków finansowych, a od tego roku w obradach tego szacownego gremium, gdy decydowano o pieniądzach dla studentów, brał udział przedstawiciel Zrzeszenia Studentów Polskich (ZSP) – dopadł mnie Wiesiek. Z pasją i całkowitym przekonaniem o swych racjach zaczął opowiadać o potrzebach swego ukochanego Zespołu. Przyznawałem mu oczywiście słuszność. Ale nie tylko potrzebne mu było moje potakiwanie. Potrzebne były pieniądze. Tak się dobrze złożyło, że Senat podzielił w jakimś stopniu te jego racje. Pieniądze, i to w znacznie większej niż dotychczas kwocie, przyznano. Od tego wydarzenia datuje się moja przyjaźń z Wieśkiem. Te zwiększone dotacje sprawiły, że w 1957 roku powstał pierwszy w Polsce Studencki Klub Taneczny przy Radzie Uczelnianej ZSP przy AGH. Patronował mu oczywiście prof. M. Wieczysty, a prezesem został mój dobry kolega Witold Strzelecki. Klub składał się z kilku sekcji, Najważniejsza to sekcja tańca turniejowego, której instruktorem był sam profesor. Dla tej sekcji zakupiono odpowiednie stroje, gdyż jej członkowie brali udział w turniejach poza Uczelnią. Brać studencka najczęściej wówczas tańczyła w Sali zwanej Rotundą usytuowanej w Domu Studenckim Uniwersytetu Jagiellońskiego w Bratniaku. Niekiedy, gdy byli obecni na sali członkowie naszej uczelnianej orkiestry,  grywał i czarował swą grą tercet złożony z: pianino – Wiesław Białowąs, klarnet – Wiesław Lic, akordeon – Zenon Szeliga. Ale to nie wszystko! Na te tańcujące wieczorki zaczęły przychodzić pary z sekcji tańca w strojach turniejowych. Ich umiejętności choreograficzne i te stroje powodowały, że inne tańczące pary zaprzestawały wirowania i obserwowały popisy, jak by nie było – zawodowców. Po kilku takich wieczorkach część ich uczestników skarżyła się, że obecność na parkiecie zawodowców uniemożliwia im udział w zabawie tanecznej. Zwyczajnie – wstydzili się tańczyć razem z nimi. Nie ten poziom, nie ta klasa! No cóż – zabroniliśmy turniejowym parom wypożyczania strojów na wieczorki taneczne w Rotundzie. Nie pamiętam który, Wiesiek lub Witek – a może obaj – namówili mnie do pójścia na ogólnopolski Turniej Tańca Towarzyskiego, który miał miejsce w Hali Wisły pod koniec 1958 roku. Furorę robiła występująca poza konkursem para holenderska – mistrzowie świata. Nasi uczelniani wirtuozi tańca stwierdzali, że był to poziom, o jakim oni nie mogą na razie nawet marzyć. Podobne stwierdzenie usłyszałem tylko prawie rok wcześniej, kiedy w tej samej Hali Wisły pierwszy raz w Polsce występowała amerykańska słynna orkiestra Glena Millera. Szczególny urok gry tej orkiestry – to wirtuozerska gra sekcji saksofonów. Gdy w czasie przerwy w występie tej orkiestry pytałem saksofonistę wieśkowej orkiestry – kiedy będzie tak grał, jak ci wirtuozi, odpowiedział zdecydowanie, że raczej nigdy! To nie ten poziom i nie ta klasa. Ale takie millerowskie melodie jak: Chatanooga choo choo i Moonlight Serenade zapamiętałem na bardzo długo.

Pasją Wieśka Białowąsa była też orkiestra taneczna. Wiesiek bardzo lubił jazz.  Pod koniec lat pięćdziesiątych – ponoć ta najlepsza w Krakowie orkiestra, dała popis w Rzeszowie, gdzie w trakcie występu grała jazzowe melodie. To był wówczas szok dla słuchaczy. Musiała wielokrotnie bisować, a miejscowy Urząd Bezpieczeństwa przeprowadził śledztwo pod kątem rozpowszechniania zachodniej muzyki. Wiesław podczas przesłuchania udowodnił ludowe pochodzenia muzyki jazzowej.

W okresie październikowej odnowy można było grać to, co w duszy grało, a  szczególnie to, co aktualnie lansowało Radio Luxemburg. Jak zapanowała moda na rock and roll, to co drugi, no może bez przesady, co trzeci utwór wykonywany przez wieśkową orkiestrę – to był rock and roll. Często brać studencka AGH tańczyła w Auli Głównej uczelni w rytmie tej szalonej muzyki.

Zmiana na stanowisku dyrektora administracyjnego Uczelni i decyzja szacownego Senatu, spowodowała wprowadzenie zakazu zabaw studenckich w  Auli, przywracając jej pierwotne przeznaczenie – wyłącznie jako miejsce najważniejszych uczelnianych uroczystości.

Po odnowieniu ustawiono specjalnie miejsca siedzące dla uczelnianych lub zaproszonych notabli, krzesła dla gości, a na ścianach zawisły portrety rektorów AGH. Tak pozostało do dziś!

W tej sytuacji wieśkowa orkiestra już nie przygrywała do tańca swoim kolegom, ale rozpoczęła chałturzyć tam, gdzie było zapotrzebowanie na jej usługi. A zapotrzebowanie było duże, bo przez kilka lat miała opinię najlepszej w Krakowie. My musieliśmy zadowolić się wspomnianą wcześniej Rotundą lub wieczorkami tanecznymi w akademiku.

Poprawa sytuacji materialnej podopiecznych Wieśka, udoskonaliła w sposób widoczny poziom artystyczny występów – wzrosła ich ilość. Ale on ciągle żył ich problematyką. Nie raz pytałem, aczkolwiek nieśmiało, kiedy zacznie robić doktorat, bo w tej sprawie obowiązywały jakieś ustawowe dla pracowników naukowych przepisy. Odpowiadał niezmiennie, że już zaczął, że już coś w tej sprawie robi. Nie bardzo wierzyłem w te jego zapewnienia. Ponieważ jego przełożony kierownik katedry prof. Feliks Olszak został Rektorem Uczelni, domyślałem się, że toleruje jego pracę naukową biorąc dużą poprawkę na jego artystyczne pasje. Bo Wieśkowi nieustannie w duszy grało! Jak opuszczałem mury uczelni, Wiesiek w dalszym ciągu robił doktorat. Ale ku memu zdziwieniu na początku lat sześćdziesiątych, przed jego nazwiskiem widniał już skrót –  dr inż. Na jednym ze spotkań branżowych, dotyczących wykorzystania złomu w stalownictwie, jakie odbyło się pod koniec lat osiemdziesiątych w Nowej Hucie, spotkałem mojego dobrego znajomego z okresu studiów –  prof. Mariana Krucińskiego, przełożonego Wieśka. Kiedy w trakcie osobistej rozmowy zapytałem go o Wieśka i jego artystyczne pasje, stwierdził, że poświęcił się on całkowicie pracy naukowej. Kierowanie zespołem pieśni i tańca już w połowie lat siedemdziesiątych pozostawił innym. Przyjąłem tę informacje do wiadomości, ale nie do końca w nią uwierzyłem. Kiedy w niedługim czasie miałem znów branżowe spotkanie specjalistów stalowników, tym razem w hucie „Kościuszko”, przyjechał jako przedstawiciel świata nauki – Wiesław Białowąs, dla mnie Wiesiek. Nie widziałem go kilka lat. Przywitaliśmy się tak serdecznie, że trwając jakiś czas w uścisku, wywołaliśmy zdumienie hutniczych specjalistów z dyrekcją huty „Kościuszko” włącznie. W trakcie rozmowy usłyszałem od Wieśka, że w kwestii artystycznej ogranicza się do udzielania dobrych rad swoim następcom, a ci coraz rzadziej zwracają się do niego o takowe. Traktował ten fakt spokojnie, jako rzecz nieuniknioną, chociaż wyczuwałem w jego głosie nutkę żalu. Zbeształ mnie przy okazji, że zapominam o jego istnieniu. Zobowiązaliśmy się wzajemnie do odnowienia kontaktów – oczywiście w Krakowie. Przyrzekłem! Dotrzymałem przyrzeczenia. W trakcie następnych moich wizyt w Krakowie zawsze, chociaż na krótko, spotykaliśmy się. Wiesiek był coraz bardziej cenionym naukowcem w branży stalowniczej. Już nie był tylko doktorem. Teraz tabliczka na drzwiach jego gabinetu informowała dr. hab. inż. Wiesław Białowąs – profesor nadzwyczajny. Cieszył mnie ten fakt, gdyż w czasie mych studiów nie przypuszczałem, że tak się stanie. Zmarł niespodziewanie 15 września 1998 roku, prawie w 50-lecie utworzenia Zespołu Pieśni i Tańca AGH – KRAKUS, którym kierował przez 25 lat. Gdy podczas mojego pobytu w AGH jesienią 2005 roku na uroczystościach 50-lecia immatrykulacji, w jednym z budynków tej uczelni zobaczyłem ćwiczącą układ taneczny grupę dziewcząt, to mimowolnie skojarzyłem ten fakt z KRAKUSAMI. Istotnie, przy wejściu do tej sali widniała tabliczka z napisem: Zespół Pieśni i Tańca AGH KRAKUS im. Wiesława Białowąsa.

WIESIU! To co ci w duszy grało przez tyle lat – gra nadal! Jakaś część Ciebie jest również tu, wśród tych tańczących dziewcząt. Na pewno!!! Pomyślałem też, że ten Zespół, to Twoje artystyczne dziecko, było przy Tobie w tym smutnym dniu – oddając ci ostatnią przysługę. Jestem tego pewien, chociaż sam nie brałem w tym udziału. Na pewno tak było! Nie pytałem o to nikogo, aby nie burzyć w sobie tego obrazu. Jesteś również razem z tymi, co o Tobie pamiętają i pamiętać będą do końca. Bo – już bardzo dawno temu napisał Horacy w swej Pieśni –  non omnis moriarco znaczy: NIE CAŁY PRZECIEŻ CZŁOWIEK UMIERA!!!


                                                                                                       mgr inż. Stanisław Koc 



Kolejny mój przyjaciel ze studiów w AGH (1954–1959)

 

Mgr inż. ceramik  Wiesław Ochman - światowej sławy tenor

Wiesław Ochman – student ceramik i Hanna Konieczna studentka również wydziału ceramiki. Hania była czas jakiś solistką prowadzonej przez Wiesława Białowąsa orkiestry tanecznej, a największym jej sukcesem był występ na festiwalu piosenki w Opolu w roku 1963. Natomiast dla Wiesia były to początki wielkiej, bo międzynarodowej, kariery śpiewaka operowego – tenora. Jeszcze w czasie mych studiów Wiesiek często występował razem z muzykami naszej akademickiej orkiestry na wszelkiego rodzaju imprezach uczelnianych. Na jednej z takich imprez w sali Rotundy w trakcie wykonywania piosenek neapolitańskich – dyrygował oczywiście też Wiesiek, ale Białowąs – zgasło niespodziewanie światło. Słuchacze zamarli w oczekiwaniu – co będzie dalej? A dalej… Wiesiek śpiewał, orkiestra grała – na szczęście przerwa w dostawie prądu trwała zaledwie kilka chwil. Wiesiek później wspominał, że w jego karierze śpiewaczej był to jeden z trudniejszych momentów, choć na scenach operowych, nie tylko polskich, przeżywał o wiele gorsze.

Jego akompaniatorami w wieśkowej orkiestrze najczęściej bywali W. Białowąs i Z. Szeliga – student-górnik, grający na pianinie lub akordeonie. O ile dobrze pamiętam, pierwszy zagraniczny występ Wieśka Ochmana miał miejsce w Bułgarii, gdzie akompaniował mu Z. Szeliga. Po powrocie z tych artystycznych wojaży przez wieczór i sporą część nocy obaj w moim pokoju – oczywiście nie na sucho – dzielili się wrażeniami.

Dzień Hutnika był, jak zwykle, uroczyście obchodzony na uczelni, jak i w metalurgicznym kombinacie, czyli ówczesnej hucie im. Lenina W kombinacie przewidziany był występ naszej uczelnianej orkiestry, gdzie solistą był oczywiście Wiesław Ochman. Olbrzymia hala kombinatu była wypełniona całkowicie. Występ zespołu AGH był przyjmowany entuzjastycznie, ale w trakcie występu Wieśka Ochmana – zawiodła aparatura nagłaśniająca. Z końca hali rozległy się okrzyki: Prosimy głośniej! Nie słychać! Wiesiek demonstracyjnie odsunął mikrofon i dalszą część swych ulubionych wówczas piosenek neapolitańskich zaśpiewał tak, że było słychać wszędzie! Ale jeszcze wtedy nie musiał oszczędzać swoich strun głosowych.

Już parę lat po studiach, gdy ja pracowałem w swoim zawodzie inżyniera metalurga w hucie Zygmunt w Bytomiu, niespodziewanie spotkałem na ulicy Wieśka, który po ukończeniu AGH jako mgr inż. ceramik wybrał jednak drogę kariery artystycznej. Po wstępnych powitalnych okrzykach i słowach radości, wstąpiliśmy do pobliskiej kawiarni, aby porozmawiać. Z relacji Wieśka wynikało, że już kończy swoją karierę śpiewaczą w Operze Bytomskiej, przez rok będzie śpiewał w Operze Krakowskiej, a następnie w nowo otwartym Teatrze Wielkim w Warszawie. Wyraziłem niejaką wątpliwość, że w Warszawie będzie miał dość silną konkurencję śpiewaków-tenorów. Czy sobie poradzi? Czy nie jest jeszcze dla niego za wcześnie na występy w Teatrze Wielkim? Moją wątpliwość zbył krótko: ci warszawscy tenorzy do końca swej artystycznej kariery będą śpiewać w Warszawie, a ja – na najsłynniejszych scenach operowych świata. Pomyślałem wtedy, że pewność Wieśka jest chyba przesadzona. Okazało się, że to on miał rację, z czego się potem bardzo cieszyłem. Jednak to zawsze kolega z AGH – w jakiś sposób wplątany w mój życiorys.

Kiedyś w budynku Polskiego Radia spotkałem Wieśka oczekującego na nagranie. Był już wówczas znanym śpiewakiem występującym na najważniejszych scenach operowych świata, a mimo to poświęcił naszej rozmowie sporo czasu. Ucieszył się na mój widok, mówiąc, że udało mu się zrealizować swoje wcześniejsze marzenia. Nieco narzekał, że w kraju jest mało doceniony. Pocieszałem go, że i tu go docenią, bowiem trudno być prorokiem we własnym kraju. Z czasem okazało się, że miałem rację!

Senat AGH uhonorował go tytułem Doktora Honoris Causa, z czego Wiesław Ochman jest bardzo dumny.


                                                                                                      mgr inż. Stanisław Koc