TO DZIAŁO SIĘ W STALOWNI


Stanisław Andrzej Pawlikowski jest autorem większości wspomnień zamieszczonych w tej zakładce. Kto go zna, ten wie, że tkwi w nim wiele talentów. O takich jak on mówi się „człowiek-orkiestra”. Ale dwie rzeczy, poza rodziną, są dla niego najważniejsze – jego pisanie i jego Huta Warszawa. Czytając jego memuary przekonujemy się, że ma znakomitą pamięć, albo dobre archiwum.

Jego teksty zawierają wiele faktów i anegdot, o których dawniej mówiło się „na hucie”, a które dziś są nieomal całkowicie zapomniane, albo – jak niektórzy chcą – niewarte pamiętania. Przytacza też wiele nazwisk. Staszek pamięta je i odświeża nam pamięć, używając przy tym języka codziennego tamtych czasów. Dobrze się go czyta.




TO BYŁ WSPANIAŁY JUBILEUSZ

 

Tekst: Stanisław Andrzej Pawlikowski


Mnie się wydaje, że to co będę opisywał działo się kilka, no – kilkanaście miesięcy temu. A od tych wydarzeń minęło już 37 lat, bowiem w 1983 roku obchodziliśmy jubileusz 25-lecia funkcjonowania W35 wydziału Stalowni.

Wracam zatem do historii... jest rok 1958. Ten dzień otworzył kartę Stalowni pierwszym spustem z nowouruchomionego elektrycznego pieca łukowego. Wtedy pierwszego wytopu dokonali: I wytapiacz Leon Łosek, mistrz zmianowy Stanisław Królikowski, szef zmiany inżynier Mieczysław Rzucidło, a w hali rozlewania stali do przyjęcia wytopu przygotowywali się: I rozlewacz Damian Załuski, II rozlewacz Stanisław Rejowski pod nadzorem mistrza Mieczysława Obary. I choć tak naprawdę pierwszym wytopem był wytop próbny, który odbył sie kilkanaście godzin wcześniej na zmianie nocnej, liczy się jednak ten dokonany 3 października 1958 roku.

W sobotę 8 października 1983 roku w ośrodku wczasowym naszej huty w Jadwisinie odbyło się okolicznościowe spotkanie dyrekcji z pracownikami, którzy w Stalowni przepracowali od pierwszego wytopu, tj. 25 lat. Po oficjalnych mowach i wręczeniu medali jubilaci i goście spotkali się przy poczęstunku. Wśród wyróżnionych pracowników byli:

- Damian Załuski – podjął pracę w Stalowni Huty Batory w roku 1954. Był tam przez kilka lat rozlewaczem. Był absolwentem szkoły Przysposobienia Przemysłowego w Będzinie. W warszawskiej Stalowni pracował od 1958 jako I rozlewacz – odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi.
- Stefan Szerszeń – w Stalowni od 1 października 1958 na stanowisku oczyszczania wlewków – odznaczony Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi.

- Kazimierz Kowalczyk – elektromonter Utrzymania Ruchu, pracę rozpoczął w Zjednoczeniu Instalacji Elektrycznych jako instalator, w Stalowni Huty Warszawa od samego początku, tj. od 1958 roku jako elektryk – odznaczony Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi.

- Zygmunt Falaciński –  w Hucie Warszawa pracuje od 1956 roku, początkowo jako rozlewacz w hali odlewania staliwa. W lipcu 1958 przeszedł do Stalowni na stanowisko rozlewacza – odznaczony Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi oraz odznaką Zasłużony Pracownik Huty Warszawa.

- Stanisław Rejowski – mistrz osprzętu technologicznego w hutnictwie od 1955 roku, początkowo w Hucie Dzierżyński, gdzie pracował jako ładowacz wsadu, następnie żużlowy, kanałowy, do rozlewacza stali. W Stalowni naszej huty od 1958 jako III rozlewacz – odznaczony Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi, odznaką Zasłużony Pracownik Huty Warszawa.

- Tadeusz Klimaszewski – w Stalowni od kwietnia 1958 roku jako brygadzista elektryk UR. Racjonalizator odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, otrzymał odznakę Zasłużony dla Wynalazczości i Racjonalizacji.

- Kazimierz Zakrzewski – rozpoczął pracę w Przedsiębiorstwie Budowy Huty Warszawa w roku. W 1958 roku po odbyciu służby wojskowej powrócił do Stalowni, gdzie pracował jako lejowy, potem ustawiacz wlewnic, kanałowy – odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, Odznaką Zasłużony Pracownik Huty Warszawa.

- Roman Kwiatkowski – brygadzista hali przygotowania zestawów, pracował w Stalowni od 1958 roku jako suwnicowy – odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, odznaką Zasłużony Pracownik Huty Warszawa.

- Janina Szadkowska – w Hucie Warszawa pracowała od 5 maja 1958 roku u Głównego Dyspozytora w okresie budowy huty, a po 5 miesiącach w Stalowni na stanowisku planisty-ekonomisty. Odznaczona Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi oraz Złotą Honorową Odznaką za Zasługi dla m. st. Warszawy.

- mgr inż. Zbigniew Sidor – przeniesiony z Huty Baildon do odlewni Huty Warszawa w lipcu 1957 na stanowisko mistrza zmianowego. 1 września 1958 roku został głównym stalownikiem wydziału Stalowni – odznaczony Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi.

- Wiesław Mazurek – swoją drogę zawodową rozpoczął w Warszawskich Zakładach Sprzętu Komunikacyjnego w Łomiankach w roku 1955 po ukończeniu szkoły zawodowej. W sierpniu 1958 roku przyjęty został do pracy w Utrzymaniu Ruchu Stalowni jako ślusarz. W roku 1962 awansował na stanowisko brygadzisty utrzymania ruchu. Odznaczony Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi.

- Mieczysław Obara – pracę w hutnictwie rozpoczął po ukończeniu Liceum Mechanicznego w roku 1952 w Hucie Batory. W Stalowni Huty Warszawa prace rozpoczął 9 sierpnia 1958 roku na stanowisku kierownika oddziału przygotowań zestawów. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi, odznaką Zasłużony Pracownik Huty Warszawa.

- Eugeniusz Kowalewski – w Stalowni od maja 1958 roku, ukończył szkołę przyzakładową przy Hucie Warszawa jako technik-elektryk; racjonalizator, dwukrotny zdobywca tytułu „Mistrza Techniki”. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, odznaką Zasłużonego Racjonalizatora Produkcji. Jak mówił z przekąsem: „byłem przy narodzinach Stalowni – było czysto i wesoło”.

- Janusz Balik – był „pierwszym z pierwszych” – drogę zawodową rozpoczął w latach 50. w Hucie Baildon, skąd służbowo przeniesiony został do Huty Warszawa. Przed pierwszym warszawskim wytopem odbył 6-tygodniową praktykę w stalowni w Zaporożu w ZSRR. W stalownictwie przeszedł wszystkie ważne etapy – był I wytapiaczem, brygadzistą, mistrzem pieców elektrycznych. Ceniony racjonalizator. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

- Henryk Zajczewski - pracę w hutnictwie rozpoczął w Hucie Baildon w Katowicach w 1952 roku. Od sierpnia 1958 roku pracował na W35 jako brygadzista, ustawiacz wlewnic na hali lejniczej. Odznaczony Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi, odznaką Zasłużony Pracownik Huty Warszawa.

- Leon Łosek – najważniejszy, bo pierwszy wytapiacz historycznego spustu, nie doczekał jubileuszu 25-lecia, jak również wielu innych wspaniałych stalowników.

 

Niemniej na tym uroczystym spotkaniu w Jadwisinie byli pracowników Stalowni – fachowcy różnych specjalności, mający przepracowane po 10, 15, 20 lat. Wszystkich ich połączył etos pracy warszawskich hutników. W tamtych latach bycie hutnikiem Huty Warszawa było powodem do dumy.

                 WIESŁAW MAZUREK       MIECZYSŁAW OBARA         HENRYK ZAJCZEWSKI

        JANUSZ BALIK

EUGENIUSZ KOWALEWSKI

JANINA SZADKOWSKA        INŻ. ZBIGNIEW SYDOR

LEON ŁOSEK

ZYGMUNT FALACIŃSKI

                KAZIMIERZ KOWALCZYK     STEFAN SZERSZEŃ          DAMIAN ZAŁUSKI




10 MILIONÓW TON STALI

 

Tekst: Stanisław Andrzej Pawlikowski

 

Pewnej niedzieli listopadowego dnia zadzwonił telefon.

- Halo, czy to reda… – nie dokończył, bo przerwałem brutalnie.

- Sie nie denerwuj, to ja, Bogdan.

- Nawet w niedzielę nie mam spokoju, co jest?

- Bądź wcześnie rano na dwójce, więcej nie powiem.

Bogdan jest pierwszym wytapiaczem, coś musi być na rzeczy, że dzwoni.

Czasami robili mi kawały. Telefonowali w nocy, czasem były to śmiechy, głupie żarty. Na dyspozytorni w stalowni zbierało się kilku głupców robiących sobie dowcipy, ciekawe, że tylko w nocy.

Jest poniedziałek 26 listopada 1979 roku. Jestem w stalowni, nocna zmiana dokonuje spustu. Po kilkunastu minutach przychodzi dzienna zmiana – dziwna zmiana. Jest Bogdan Jaworski, mistrz Bolesław Szumilas. Bogdan oznajmia mi, że to dziesięciomilionowa tona stali!

- Stachu to jest jedyny wytop do opisania. Patrz, chłopcy ze wszystkich brygad: Rysiek Janiszewski – to on był „trzeciakiem” przy pierwszym spuście w 1958 roku, wtedy „pierwszym” był Leon Łosek, a mistrzem Królikowski, i te chłopaki: Tadek Biernacki, Witek Jagiełło, Jasiek Więckowski.

- Ma być łożyskowa – opisz to.

To chłopaki ze wszystkich zmian. Tak szefostwo postanowiło.

Ile ja tych wytopów opisywałem? Począwszy od przygotowania w hali zestaw wlewnic, naprawę kadzi, potem odlewania próżniowego. przygotowania butli tlenowych do odpalania „sopli” przy otworze kadzi, gdzie leci stal do syfonu.

Wszystkie te stanowiska były już przygotowane. Pewnie obawiano się, że w czasie transportu wlewnic, po tych nierównych torowiskach, mogłyby się one poprzestawiać.

Ruch wokół pieca. Po wsadzie każdy z wytapiaczy zajmuje się przypisanymi obowiązkami, nikt nikogo nie ponagla. Ale jakoś wszyscy są milczący. Chciałem porozmawiać z mistrzem Szumilasem, odmówił – nie teraz. Co chwilę rozmawia przez telefon. Po roztopie pobrano do analizy stal. Po godzinie następna analiza. Mistrz mówi do Bogdana: to H17. Wydaje polecenie uzupełnienia żelazostopów.

Zgromadziło się przed piecem sporo technologów. Szef wyjaśnia: przekroczenie planu wytopów pozwoliło wyliczyć, że ten wytop na elektryku będzie 10-milionową toną stali w warszawskiej stalowni. To sukces załogi. Oznacza to przekroczenie zdolności projektowej stalowni. A co za tym idzie – spłacono pożyczki na jej budowę i modernizację.

Wytop trwał 4 godziny 14 minut – czas ten odnotował dyspozytor w stalowni. A załoga, jak zwykle po spuście dokonuje wsadu, porządkuje teren wokół pieca: wymiana żużlownicy, zatykanie otworu spustowego… Było normalnie, ale jakoś inaczej. Nawet nie wiem, czy była „feta”, ale pewnie szef premie wyznaczył. Kiedy będzie następne 10 milionów ton?




DZIEŃ JAK CO DZIEŃ

 

Tekst: Stanisław Andrzej Pawlikowski


Tego dnia wszystkie piece pracowały normalnie. Na piecu nr 4 dokonano spustu stali i natychmiast dokonano wsadu, po chwili dał się słyszeć huk pracujących elektrod. Niby wszystko szło jak co dzień – wytapiacz Lilworowski pojechał taczką po żelazostopy, wracając zauważył, że od spodu czerwieni się pancerz trzonu pieca. Lada moment może nastąpić przepalenie i stal runie na dół pod piec niszcząc wszystko i powodując milionowe straty. Postój pieca to co najmniej kilka dni. W piecu złom jest już roztopiony, trzeba stal świeżyć, po analizie uzupełnić żelazostopy, dodać odpowiednią ilość manganu, chromu, czy też innych dodatków, aby otrzymać zgodną z normą zamówioną stal. Potrzebny jest czas na dokończenie tego wytopu. Obserwowana wanna pieca na coraz większej powierzchni staje się czerwona. Ogłoszono alarm dla dozoru wyższego i niższego. Ludzie zastanawiają się, co może się stać, jakie skutki nastąpią, jeśli płynna stal przepali pancerz i wyleje się 60 ton stali pod piec niszcząc urządzenia energetyczne, mechaniczne. Ta płynna stal zaleje i zespawa wszystko, co będzie stało na jej drodze…

Kierownik zmiany inżynier Peter Fordosz – Węgier z pochodzenia, natychmiast przerywa proces topienia i dokonuje awaryjnego spustu stali. Już w tym momencie są straty: wykorzystany zestaw lejniczy planowany był dla innego spustu. W trzonie pieca pozostały resztki metalu, który musi być usunięty. Po spuście, kiedy wyjechano wanną pieca, wytapiacze i dozór zobaczyli na łuku trzonu wypaloną dziurę aż do pancerza. Konsternacja ogarnęła wszystkich: kierownika zmiany i wytapiaczy. Nastąpiła przerwa. Piec jest nagrzany, kompletnie nic nie można zrobić w takiej temperaturze. Jak to się stało? Który z wytapiaczy dokonywał oględzin? Kto zawinił?

Szef wydziału magister inżynier Józef Wocial skraca operatywkę, pozostawiając kierowników oddziału, od których zależy szybkość wykonania remontu: inżynierów Adama Żebraka, Grzegorza Franczyka, Stanisława Szkutnika – speca od technicznej wymurówki pieców, kierownika oddziału elektrycznego Eugeniusza Kowalewskiego. „Remont jest duży, awaria nastąpiła 20 grudnia, a piec musi ruszyć 24 grudnia” – przekazał inżynier Wocial słowa dyrektora Żurka.

Po kilku godzinach studzenia wnętrza pieca sprężonym powietrzem (technologia nie dopuszcza wody), przy specjalnych osłonach azbestowych wytapiacze i murarze usiłują demontować wannę, czyli oddzielić pancerz od trzonu, odstawić wannę na stanowisko remontowe, które znajduje się na końcu hali przygotowywania wsadu. Tu, na przedłużeniu hali stalowni, było miejsce dla wyburzania sklepień bezpośrednio do wagonu „radwan” oraz stanowiska dla wymurowań dzielonych wanien pieców elektrycznych.

W międzyczasie brygada murarzy pracuje na trzonie pieca usuwając zniszczone cegły, zastygły metal, czyli skrzepy, które zalały najmniejsze szczeliny w trzonie. Praca mozolna, gorąco, nie ma czym oddychać, pot leci po każdym milimetrze ciała. Dozór pilnuje pracy, wszyscy wiedzą, jak bardzo jest ciężko. Ani chwili przerwy – jedna brygada pracuje przez pół godziny, inna odpoczywa i tak przez całe 24 godziny.

Już następnego dnia trzon pieca był na tyle oczyszczony, że murarze zasypywali szczeliny dolomitem, następnie podłączono ubijaki do sprężonego powietrza. Teraz na trzon murarz rzucał masę dolomitowa zmieszaną z innymi materiałami ogniotrwałymi i trwało ubijanie, to rytmiczne bicie tworzyło bardzo trwałą nawierzchnię. Zostały 3 dni. Inżynier Szkutnik już widzi zmęczenie pracowników i sygnalizuje to szefowi Wocialowi. Interweniuje u szefa wydziału remontowo-budowlanego, prosząc o pomoc. Ten mu odmawia. Jest zagrożenia, że remont nie będzie wykonany.

O czternastej odprawa. Inżynier Szkutnik zwraca się do tych, którzy kończą zmianę: „–  Już nieraz dawaliście wyraz dobrej roboty, zaangażowania, wiem, że to święta, że żony czekają, dzieci i w domu robota, a może jeszcze który nie ma choinki…” – mówi przytłumionym głosem. „Proszę, zostańcie, chociaż kilka godzin.”

Mistrz Jan Dolmitrz mówi coś do brygadzisty Mieczysława Kaczmarskiego. Wcześniej bywało, że Mietek zastępował mistrza, to znakomity fachowiec, w warszawskiej stalowni pracuje już 18 lat.

„– No, trzeba zostać i już. Wszyscy, panie kierowniku? Co?” – pyta, ale patrzy na ludzi. Oni przytakują, kiwają głowami, choć są zmęczeni. Ktoś mówi: „– Chłopy, idziemy do stołówki i wracamy do roboty.”

Brygada w składzie Mieczysław Kaczmarski, Józef Sobieszyński, Józef Kępkiewicz, Czesław Barczyński, Bogusław Więckowski, Waldemar Więckowski, Jerzy Bartosiewicz, Jan Dziekański przepracowała jeszcze jedną zmianę, a przecież jutro zaczynają pracę od 6 rano.

Remonty pieca są co dwa tygodnie, ale wymiany trzonu dokonuje się rzadko. Do każdego remontu zabezpieczane są części zamienne i przygotowywane brygady robocze: murarzy, hydraulików, mechaników, elektryków – w sumie to dziesiątki specjalistów. Natomiast remonty pieców martenowskich dokonują wyspecjalizowane firmy ze Śląska.

22 grudnia wanna była naprawiona i można było murować. Kilku pracowników z wydziału W05 zaczęło układać cegły, gdy nagle odwołano ich do naprawy sklepienia pieca martenowskiego, albowiem zerwało się to sklepienie. Wobec tego przesunięto brygadę Wiesława Kaczyńskiego i pod jego nadzorem murowano pancerz pieca. W tej brygadzie byli: Jarosław Iżykiewicz, Seweryn Dolak, Jan Konopka, Adam Mamaj, Eugeniusz Sucharski, Henryk Tchórz. Każda cegła przechodzi przez ludzkie ręce, jest dokładnie oglądana, a tych cegieł na trzonie i wannie jest 90 ton, musi je ułożyć w ciągu 2 zmian kilku murarzy. Tu nie tylko palce drętwieją, pot leje się po grzbiecie, wykonywane są setki skłonów przy podnoszeniu cegieł.

Ucichły młoty ubijaki, do pracy przystąpili hydraulicy, mechanicy i elektrycy. Kilka godzin później kierownik zmiany inż. Janusz Torbus wydał polecenie pierwszemu wytapiaczowi Armandowi Siudei uporządkowanie terenu wokół pieca i przygotowanie stanowiska do wsadu. Była wtedy godzina 3:10 nad ranem.  

Jest 23 grudnia. Zmianę ma mistrz brygady murarskiej Władysław Bździon. Z pieca elektrycznego nr 3 dokonano spustu i piec wyłączono z produkcji. Władysław dostał polecenie przygotować piec do szybkiego remontu. Nie mógł zrozumieć, kto taki „numer” wymyślił – jeden remont ledwie zakończony, a już drugi czas zaczynać… Wykonał telefon do inżyniera Szkutnika, ale ten potwierdza: „przystąpić do przeprowadzenia remontu”. Brygada murarska w składzie: Zygmunt Choroś, Jan Guba, Stanisław Jaroszek, Michał Królak, Stanisław Krawczyk, Janusz Sikora przygotowuje stanowiska robocze i gromadzi niezbędne materiały. Franek Skoczek „Bebech” – tak go nazywali koledzy – miał dowozić wózkiem akumulatorowym materiały z magazynu, polecenia nie wykonał, bo akumulator był rozładowany. Główny dyspozytor – Feliks Jancewicz – upoważnił mistrza Bździna, by z bazy transportu samochodowego wypożyczył sprawny wózek akumulatorowy. Pozostała brygada usunęła wannę od trzonu, wykorzystując sprzyjające warunki, albowiem trzon stygł, a druga wanna była już wymurowana, co było ogromną oszczędnością czasu.

Tego dnia kierownikiem remontu był Eugeniusz Kowalewski, ma do zrealizowania proste zadanie – dokonać remontu tak szybko, by ludzie zatrudnieni przy nim byli w domach przed ukazaniem się pierwszej gwiazdki. Pomagała im brygada murarzy z warszawskiego Hutniczego Przedsiębiorstwa Remontowego. Brygady utrzymania ruchu ze stalowni kierowane przez Zygmunta Gębskiego, Stanisława Czajkowskiego, Jana Mościckiego, Tadeusza Klimaszewskiego, Pawła Zmitrowicza wykonują zadania bezbłędnie. Zazębiają się dziesiątki nieprzewidzialnych spraw. Tutaj, w tej gorączce, wychodzi zmysł organizatorski, szybkość i trafność podejmowania decyzji oraz określonych operacji montażowych. Być może ten świąteczny czas tak mobilizował ludzi. Około jedenastej było wiadomo, że czas remontu będzie rewelacyjny.

Nie czekając końca remontu technolodzy przygotowali się już do skręcania elektrod, wymiany koryt sprzed okna wsadowego, przygotowania starych beczek stawianych przez wytapiaczy na trzon, a które spełniać będą rolę amortyzatorów przy wsadzie. Uderzenie 60 ton żelastwa na trzon mogłoby uszkodzić cegły. Paweł Zmitrowicz kończy montowanie kesonów, sprawdzając obieg wody. Mechanicy kończą okapy odpylania. Coraz częściej ludzie patrzą na zegarki. W końcu suwnica transportuje ogromne sklepienie nad wannę, które mechanicy szybko montują, potem wytapiacze wymieniają dwie elektrody. Jest już 14:40, jakby niepokój…

Jest 16:15 – elektroda dotknęła złomu w piecu, rozpoczęła się kanonada, topienie, i jest coś zadziwiającego… nikt się nie cieszy, nikt się nie śpieszy, ba, kilku murarzy i mechaników usiadło przed pomieszczeniem wydawania wody i mleka, rozmawiali. O czym? – nie wiem. Potem dyrektor Korzeniowski dziękował, ściskał ręce…

To wszystko. Tylko jakoś ludzie wolno idą do szatni, jakby czuli ogromny ciężar na sobie.

Tego dnia w warszawskich rodzinach hutniczych zapaliły się światełka na choinkach. Jedni usiedli do stołu, jeszcze inni pracowali na zmianie. Lecz byli i tacy, którzy ledwo przekroczyli próg domu położyli się do łóżka, by spać, bo następnego dnia o szóstej rano powinni być na stanowiskach pracy.




BYŁA TAKA WIGILIA W STALOWNI HUTY WARSZAWA

 

Tekst: Stanisław Andrzej Pawlikowski


Moim towarzyszom pracy ze Stalowni w warszawskiej hucie, których już nie ma pośród nas, dedykuję wspomnienia i pieśń Zbigniewa Preisnera w wykonaniu Beaty Rybotyckiej „Kolęda dla nieobecnych”

       „…Nieobecnych pojawią się cienie.
      Uwierzymy kolejny raz,
      W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
      I choć przygasł świąteczny gwar,
      Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
      Przyjdź tu do nas i z nami trwaj…”
 

Początek lat sześćdziesiątych. Tydzień przed świętami kierownik utrzymania ruchu Stalowni inżynier Kosterkiewicz rano, na odprawie w warsztacie utrzymania ruchu, oświadczył, że w święta Bożego Narodzenia pracujemy w normalnym, trzyzmianowym trybie. I nie ma dyskusji! Inżynier Ziółkowski przypomniał wszystkim o dyscyplinie i o tym, jak zmiany pracują w święta. Zmiana druga, ta od 14:00 do 22:00 była najpodlejsza, chłopcy się buntowali: jak to, Wigilia w robocie?

Ziółkowski powiedział dobitnie:

- Pawlikowski, brygada bez szemrania pracuje, zrozumiano?

Oznajmiłem to w domu, żona i teściowa nie mogły pojąć, że w takie święto idzie się do roboty. Choinka ubrana, moja córeczka Lucynka zauroczona, czeka na pierwszą gwiazdkę. Było mi smutno, to przecież święta rodzinne.

Nadeszła Wigilia. Kilka minut po trzynastej wychodzę z domu przy ul. Rajszewskiej na Marymoncie, idę Podleśną do Marymonckiej i tramwajem 28 jadę do Młocin, dalej piechotą aż do małej bramy przy straży pożarnej. Jest 14:00 – na warsztacie markotno, nikt się nie odzywa – mistrz Królikowski prowadzi odprawę, upomina o konieczności przestrzegania zasad bhp. Brygada rozchodzi się w milczeniu do kontroli wszystkich urządzeń mechanicznych pracujących na suwnicach, piecach elektrycznych i innych. Spawacz Benek ma spawać ogniwa łańcuchowe. Na hali cisza, przy martenach nie ma prawie nikogo, co prawda są jeszcze w budowie. Tylko „mruczy” piec elektryczny, czasami wydając sygnał gwizdowy. Suwnice w hali złomu pracują, słychać spadający złom rozładowywany z wagonów do koryt wsadowych.

Po jakimś czasie brygada wróciła do warsztatu meldując, że wszystko gra. Zadowolony postanowiłem „odpuścić” brudną robotę. Chłopcy – Jasiu Buczyński, Staś Zawada, Janek Bernart, Janek Sadurski, Paweł Zmitrowicz, Lucek Bieńkowski, Zygmunt Gębski zebrali się w hali koło pieca, gdzie przy kabinie stała choinka – któryś z wytapiaczy ściął ją przy kafarze, wokół którego rósł mały, świerkowy zagajnik. Rozmowa toczyła się wokół świąt Bożego Narodzenia, ale nie obyło się też bez opowiadania kawałów. Ruch pracy był w zasadzie normalny, mistrz Królikowski obchodził teren, sprawdzając, czy jest wszystko w porządku.

W hali lejniczej podstawiono zestaw do odlewania. Wytapiacze: Jerzy Zaręba, Jan Talarek, Witek Lostek  podśpiewując kolędy, pracowali normalnie. Pobierali płynną stal do analizy, potem do podstawionej kadzi wrzucali dodatki stopowe. Mietek Chabrowski zameldował gotowość odlewania stali do zestawu lejniczego. Po kilku minutach – spust. Ten wytop trwał nietypowo długo. Wytapiacze przygotowują się do nowego zasadzenia pieca...

Naszą bezczynność przerwała... awaria. Na suwnicy 74 została zerwana lina o średnicy 16 milimetrów od elektromagnesu, co spowodowało również zerwanie zasilającego kabla elektrycznego. Ta suwnica ładowała złom do kosza wsadowego. Sygnał o awarii wzywa nas. Suwnicowy nie potrafi wyjaśnić, jak to się stało. Zapasowej liny nie ma w podręcznym magazynku. Mistrz Królikowski alarmuje dyspozytora. Ten informuje, że lina jest w magazynie głównym, który jest nieczynny. Jest już po dwudziestej. Sprowadzają magazyniera, który linę wydaje, a brygada przywozi ją na stanowisko remontowe. Wszyscy zapomnieli o czasie... nawet nie jedliśmy kolacji. Kiedy zmiana popołudniowa wychodziła do domu, my razem z elektrykami kończyliśmy olinowanie suwnicy. Moja brygada powinna już zakończyć pracę, ale nie było na to szans, gdyż w brygadzie nocnej był tylko hydraulik i dwóch mechaników, którzy sami nie byliby w stanie dokonać naprawy tej awarii. Wspólnie udało nam się suwnicę naprawić, ale wtedy okazało się, że nie ma suwnicowego, który powinien sprawdzić prawidłowe działanie nowego olinowania... Znowu przestój, nerwowość, poszukiwania suwnicowego. Było już po północy, mistrz Tadeusz Chuć wściekły, bo trzeba kosz ładować, a tu nie ma komu i czym, bo suwnica nie sprawdzona.

Dopiero po drugiej w nocy definitywnie zakończono usuwanie awarii. Suwnica ruszyła. Zmęczeni siedzieliśmy w warsztacie milcząc. Nagle odezwał się Paweł Zmitrowicz – był repatriantem z Rosji, kilkanaście miesięcy wcześniej powrócił z rodziną do Polski:

- Nu, uże charaszo, eta w Rasiji niet takowo prazdnika, tam rabota, rabota, a etot prazdnik agromnyj... – nie dokończył, jak koledzy „wsiedli” na niego. Interwencja i spokój.

Nocna zmiana dobiega końca. Dzienną przejmuje mistrz Romuald Wasilewski, odzywając się zgryźliwie:

- Jak, Stachu, kolacja wigilijna była wesoła?

Nie odezwałem się, ale za to Jasiu Bernart posłał mu odpowiednią „wiązankę”. Jasiu był najstarszym i jak by co – miał do tego prawo.

 

Po dwóch zmianach wróciłem do domu. Żona unika mojego wzroku – ani słowa na powitanie. Teściowa już w kościele. Byłem tak zmęczony, że padłem na łóżko w ubraniu. Obudziłem się przed dwunastą.

- Kasieńko przygotuj kanapki, idę do pracy. Nie wiem kiedy... – żonie zatrzęsła się broda. Będzie płakać?

- Ani słowa!!! – krzyknęła.

Pomyślałem – lepiej się wynosić. A najgorsze ma nastąpić za tydzień, bo wtedy będę miał nocną zmianę, a to przecież Sylwester i Nowy Rok. Nie było łatwo, ani lekko. Ot, taka to była moja Wigilia w stalowni. Chociaż to było tak dawno, to pamiętam każdy szczegół, pamiętam moich kolegów – tych towarzyszy pracy.

 

Piszę te słowa ze wzruszeniem, albowiem w tamtą noc w stalowni stało się coś niebywałego dla młodego człowieka – te przeżycia, te oddziaływania na otoczenia, pomoc towarzyszowi pracy, wspólnota idei, szacunek dla tak ciężkiej roboty i to, żeby nie zawieść innych, ukształtowały mój etos robotnika, moją życiową postawę na przyszłość.

Wielu kolegów z tego opowiadania już między nami nie ma, jak w piosence – „pozostały cienie”.

Zaraz przyjdą święta, a przy stole znów zabraknie ukochanej osoby.

 

RADOSNYCH ŚWIĄT!




NIEŁATWE FREZOWANIE

 

Tekst: Stanisław Andrzej Pawlikowski


Przed czadnicami, skręcając w prawo i idąc wzdłuż stalowni – po lewej stronie znajdowała się hala gabarytów, po prawej magazyny żelazostopów, a nieco za halą gabarytów, jakby jej przedłużeniem, była hala magazynowania wlewków.

W hali gabarytów było stanowisko oczyszczania wlewnic oraz ich naprawy za pomocą specjalnego pistoletu o specjalnych nabojach. Jeśli była wlewnica pęknięta to stosowano „zakładkę” stalową z blachy 8 milimetrów dopasowanej do obwodu wlewnicy i wtedy operator strzelał tymi nabojami przez tę blachę do wlewnicy na głębokość 30 milimetrów. Metoda ta zdawała egzamin. Drugie stanowisko było dla oczyszczania wlewków z powierzchniowych wad,  takich jak „bule”, krzemionka, głębokie zarysy. Tu pracował Stefan Szerszeń. W bardzo trudnych warunkach opalał przy pomocy aparatu tlenowo-acetylenowego powierzchnię wybrakowanych wlewków. Była to praca szalenie ciężka, wymagająca czujności przed oparzeniem siebie i innych.

W hali magazynowania wlewków stała olbrzymia frezarka, na której oczyszczano powierzchnię wlewków poprzez ich frezowanie. Te frezowane wlewki przygotowywane były na eksport lub na specjalne zamówienia. Tutaj szefem był Jurek Naduk.

 

Chcę wprowadzić czytelnika w topografię tego zakątka stalowni, albowiem były tu ważne wydarzenia pod koniec lat sześćdziesiątych. W ramach poprawy jakości stali zakupiono potężną frezarkę czterowrzecionową do oczyszczania powierzchniowego wlewków. Firma „Poręba” dostarczyła maszynę w częściach: korpus, wrzeciona, głowice, silniki, łoże – w końcu pracownicy głównego mechanika zaczęli montaż od podstaw i wykopali w odpowiednim miejscu hali dół pod fundament. Po kilku dniach Kamiński, Wielondek, Glinka, Materak przez kilka tygodni zmontowali frezarkę. Próba na sucho powiodła się. W tym czasie suwnicowym na gabarytach był Jerzy Grzymkowski – montując tak precyzyjne urządzenia suwnicowy musiał z niezwykłą uwagą sterować suwnicą. A tak na marginesie, na wydarzeniach dziejących się w tej hali powstał scenariusz filmu „Prawda w oczy”. A było to tak…

W środę frezer Jaszczak zamontował noże do czterech głowic frezarki; dwie głowice pracowały prostopadle do wlewka, po jednej głowicy obrabiać miały boczne ścianki wlewka. Trzytonowy wlewek był umocowany specjalnymi jarzmami do łoża frezarki. Suwnica odjechała nieco dalej, tylko na haku zawiesia dyndały. Jeden z pracowników Jarosz miał przygotować następny wlewek do frezowania. Zawiesia łańcuchowe podsadził pod wlewek i dal znak suwnicowemu, by nieco uniósł ciężar... Nagle ogniwo łańcucha pękło uderzając Jarosza, który spadł nieprzytomny z wagonu. Krew... Wypadek! Naduk wzywa pogotowie i zawiadamia dział BHP, a więc czynności powypadkowe. Frezarka nieczynna. Trwa dochodzenie.

Po miesiącu Naduk wznowił frezowanie. Z czasem  zorientował się, że nie ma noży do frezarki, stare się zużyły, a nikt nie pomyślał, by zamówić nowe. Robota stoi. Jakieś fatum?

–  Panie Stanisławie, co jest z tymi nożami – dzwoni do mnie z pretensją szef wydziału Wocial.  –  Zawalił pan całą sprawę, jest u mnie Naduk, proszę przyjść i wyjaśnić to wszystko.

Obrona moja była krótka. Nikt mnie nie powiadomił o braku noży do frezarki. Mnie, jako odpowiedzialnemu za narzędziownię, nikt nie zgłaszał zapotrzebowania na taki asortyment. Musiała być niesamowita awantura, bo po godzinie Jurek Abramowski, szef gospodarki narzędziami, prosił, bym szybko do niego przyszedł. Zabrałem ze sobą jeden, już zniszczony nóż, wymiar to 25x25x120 mm. Zaopatrzenie stanęło na głowie i po tygodniu przesyłka dotarła do huty, tyle że w ilościach przekraczających możliwości składowania ich na magazynie głównym. Telefonuje pani Ludwicka – magazynierka narzędzi:

– Zabierajcie te nieszczęsne noże! Cała komórka przyjęć jest nimi zawalona, a ja ich do magazynu nie wezmę.

Przyjechałem wózkiem akumulatorowym. Marek Łuszczyński, brygadzista z komórki przyjęć, z daleka już krzyczy:

– Bierz windziarza i wyiwaniaj mi z nimi z magazynu. Ja tu muszę mieć miejsce na inne dostawy.

Zużyte noże częściowo dawały się regenerować, ale Naduk wypisał kwit zużycia na całość, tj. 500 sztuk. Zakwestionował to Regulski, który był inspektorem głównego mechanika odnośnie narzędzi. Ustalono, że całość pobranych narzędzi będzie wydawana z wypożyczalni jedynie po oddaniu zużytych noży. Oczywiście miałem roboty „po uszy”. Zbuntowałem się, odmówiłem tej pracy. Była to czasochłonna robota papierkowa, której nie lubiłem, wolałem zajmować się brygadą.

Jakby tego było mało, to jeszcze przysłano mi kontrolę z „watykanu”, z działu rozliczeń materiałowych. Naturalnie „wykryto” nieszczęsne złe gospodarowanie materiałami i narzędziami. W efekcie otrzymałem naganę z wpisaniem do akt personalnych. Moje wyjaśnienia odrzucono. Nikt się za mną z kierownictwa wydziału nie ujął. I to mnie przekonało, że przepaść dzieląca człowieka z wydziału produkcyjnego od urzędnika z „watykanu” jest głęboka i niewytłumaczalna. W „watykanie” uważali siebie za coś lepszego,  ważniejszego – dlatego z taką niechęcią tam chodziłem.

Po iluś rozmowach przekonałem szefa – inż. Wociala, że należy zatrudnić szlifierza do naprawy noży i tym samym zmniejszyć koszty wydziałowe, oraz że trzeba Jurkowi Nadukowi  powierzyć organizację i prawidłową gospodarkę narzędziami i tarczami ściernymi. Nowe dostawy noży trafiały już bezpośrednio do narzędziowni w stalowni, z pominięciem magazynu głównego.

Nowa organizacja pracy zaczęła zdawać egzamin. Frezarka pracowała od kilku miesięcy. Frezer używał tylko dwie głowice prostopadle do materiału. Niestety, nikt nie zwracał specjalnej uwagi na bieżącą konserwację maszyny, aż w końcu coś w niej pękło. Mechanicy Materak i Wielądek przystąpili do jej naprawy. Był uszkodzony wał napędzający te dwa wrzeciona głowicy. Wynikało to ze zbyt dużego obciążenia skrawania – instrukcja mówiła, że frezowanie można wykonać do głębokości 10 milimetrów, a frezowano nawet do 20 milimetrów, oraz z niedbałego oliwienia części ruchomych maszyny.  

Za to niedbalstwo ukarano szlifierza oraz jego mistrza – Jurka Naduka. W końcu polecono brygadzie jednozmianowej utrzymania ruchu stałą obsługę konserwacji i napraw bieżących frezarki. Okazało się, że częściowo zużyte noże można skutecznie naprawić poprzez wymianę płytki widiowej lub ich szlifowanie. Po tych początkowych perturbacjach dalsze frezowanie wlewków przebiegało już w zasadzie bez historii.




CIEKAWSCY


Tekst: Stanisław A. Pawlikowski


Długo by opowiadać o odpylaniu stalowni. Od 1958 roku na dachu budynku nad piecami elektrycznymi zebrało się około 60 centymetrów zbitego pyłu. To był niewiarygodnie twardy pokład przypominający warstwę betonu. Z chwilą podjęcia decyzji o budowie urządzeń odpylających brygada inżyniera Jana Bielana miała ten zbity pył usunąć. Nie będę pisał o problemach usunięcia tego pokładu. Fakt, że go usunięto i przystąpiono do realizacji montażu urządzeń odpylających. Na jednym z posiedzeń inżynier Bohdan Krawczyński skomentował to: „toż to jakieś pomniki”. Faktem, że utrudnienie produkcyjne było. W końcu urządzenie oddano do użytku. Już nad hutą nie unosił się pomarańczowy pył. Każdego dnia dyrektor Detko patrzył w stronę stalowni i jeśli zobaczył najmniejszy pył... była awantura. Tak się też stało w lipcu 1976 roku – brygada odpylania otworzyła włazy do komór. Wietrzono komory przez dwa dni. Pięć osób weszło ubranych w specjalne ubiory: skafandry, w pyłochłonne hełmy. Stwierdzili że worki pyłowe są wypełnione twardym pyłem, a co za tym idzie – nie ma wibracji i pył nie spada do komory, w której był gromadzony, a następnie wywrotką wywożony na zwałkę. Po wymianie worków włączono urządzenie. Od tego dnia inżynier Czapla, szef działu BHP, wraz z inspektorem Jerzym Tkaczykiem, dwa razy dziennie wizytowali stanowisko odpylania.

Ale nie ma tego dobrego, żeby czasem na gorsze nie wyszło.

Dalej jest relacja Jasia Kruczka – operatora odpowiedzialnego za funkcjonowanie wstrząsacza i za ładowanie pyłu: „szyber otwarty, ja biję i biję tą maczuga i ani cholery nie leci. Nie wiem, co robić. Wołam mechaników, przyszedł kierownik Brzeziński. Zaczęli majdrować i nic. Po jakiejś chwili zobaczyłem facetów – trzech, a może czterech. Kierowca krzyczy na nich, żeby się nie plątali przy urządzeniach. A ja dalej tą maczugą łomoczę. Ci zbliżyli się do mnie, ja znów łubu-du i, kurwa, włączyło się – pył runął..., zasypało wywrotkę, szofera i tych ludzi, co to ciekawscy byli. Majster, przysięgam nie chciałem, to przełącznik elektryczny jakoś się zaciął i puścił.”. O tym zajściu była cisza, albowiem ci ciekawscy to dyrektorzy – nie wiem, czy też nie było tam inż. Czapli i inspektora Tkaczyka. Fakt był też taki, że inż. Bielan odtąd na odprawach czepiał się tego odpylania: „kto kontroluje, czy sprawdza się wstrząsanie komór worków”.

Niestety, ten wstrząsacz nie był odpowiedni. Okazało się, że jego siła spowodowała pękanie spawów konstrukcji, i wymagał modernizacji.  Ale ważne było, że nad hutą i Bielanami nie było chmury pyłu ze stalowni.